- Dobry wieczór. Jestem
lekarzem pana Sykes’a – odezwał się doktor Blue.
- Dobry wieczór. Jesteśmy jego
rodzicami.
- Operacja się udała. Nie było
żadnych komplikacji, państwa syn ma się dobrze. Teraz musi tylko odpoczywać i
wracać do zdrowia.
- Dziękujemy panie doktorze.
- Ależ nie ma za co. To mój
obowiązek. Przepraszam państwa, muszę zajrzeć do innych pacjentów – uśmiechnął
się i odszedł.
Państwo Sykes podeszli do
drzwi i wpatrywali się w Nathana. Tak bardzo chciałam im ulżyć… to straszne
patrzeć na swoje dziecko leżące pod tą całą aparaturą…
- Możemy pogadać? – Jess
przerwała moje rozmyślania.
- Mhmm.
Udałyśmy się do kawiarni.
Zamówiłyśmy jakieś ciastko i czekałyśmy na zamówienie.
- Nie odpowiedziałaś mi na
pytanie – uśmiechnęła się.
- Emm… Naprawdę chcesz
wiedzieć wszystko…?
- Tak.
- Wszystko, że wszystko…?
- Opowiadaj – uśmiechnęła się.
Westchnęłam i rozpoczęłam
swoją niekończącą się opowieść. Dziewczyna słuchała mnie uważnie, nie
przerywając mi. Gdy skończyłam na zegarze wybiła 2 w nocy.
- On cię kocha – odpowiedziała
ze stoickim spokojem popijając kawę.
Ja tej dziewczyny nie
rozumiem. Opowiedziałam jej wszystko, co możliwe. Od tego nieszczęsnego basenu,
a ona jak gdyby nigdy nic odpowiada „on cię kocha”?
- Tylko tyle…?
- Wiesz, Nath to mój brat, a
po jego zachowaniu mogę spokojnie stwierdzić, że zakochał się w tobie na zabój.
Ona mnie przeraża. Nie znam
jej w ogóle. No nic. Kompletnie. Ale wystarczy, że coś powie i czuję, że ma
rację. Nagle jej komórka zaczęła dzwonić. Zerknęła na wyświetlacz. Następnie
spojrzała na mnie.
- Nathan…?
Równocześnie zerwałyśmy się z
krzeseł zostawiając na stole pieniądze i biegiem ruszyłyśmy w kierunku sali
chłopaka. Po drodze zauważyłam rodziców Nath'a rozmawiających z lekarzem. Czemu
zadzwonił do Jess? Coś się stało? Dotarłyśmy i blondynka weszła do
pomieszczenia. Ja zostałam na korytarzu. Jednak po chwili dziewczyna wyszła do
mnie i powiedziała, że Nathan chce, abym do niego przyszła. Zrobiłam minę
„WTF?!” i niepewnie weszłam do środka. Uśmiechnęłam się i usiadłam na krześle
obok łóżka.
- Jak się czujesz? –
zapytałam.
- Dobrze. Trochę mnie boli tu,
z boku, ale da się żyć. Ania… ta dziewczyna…, co była tutaj rano… ja nic do
niej nie czuję – zaczął się podnosić.
- Nathan! Nie podnoś się, nie
wolno ci!
Chłopak ignorował moje słowa i
już prawie siedział na łóżku. Nagle zobaczyłam powiększającą się czerwoną plamę
krwi na koszulce chłopaka, w miejscu załamanego żebra. Sykes złapał się w tym
miejscu i opadł na łóżko.
- Nath! – krzyknęłam.
Nie wiedziałam, co robić. Zauważyłam
na ścianie trzy przyciski: czerwony, niebieski i czarny. Chwila, chwila. Spokój.
Kod czarny, kod czarny, to… bomba, kod niebieski to… zatrzymanie akcji serca…
czerwony! Przycisnęłam go i po niecałej minucie do sali wbiegł lekarz i dwie
pielęgniarki.
- Co się dzieje?
- Nath zaczął krwawić.
Lekarz natychmiast zajął się chłopakiem.
Ja wyszłam i przypatrywałam się temu zza szyby. Po chwili obok mnie pojawiła
się Jessica.
- Co jest?!
- To przeze mnie – usiadłam i
zaczęłam płakać.
- Nie płacz. Powiedz mi, o co
chodzi.
- Zaczął mówić o tej
blondynce, która rano tu była i go pocałowała. Widziałam to, a on zauważył
mnie. Pomyślałam, że odpuszczę. I teraz… nie wiem, co mu strzeliło do głowy… zaczął
się podnosić i… nagle w miejscu złamania zaczęła cieknąć krew…
- Ciii – dziewczyna przytuliła
mnie.
- Rano, gdy go wtedy z nią
widziałam… gdy potem szłam do chłopców… pielęgniarki mówiły, że gdy ta
blondynka wyszła Nath zaczął okropnie kaszleć i cały czas mówił moje imię, że…
mówiły, że przeze mnie on tu umrze… ja nie mogę przy nim być. Wolę, aby wyzdrowiał beze
mnie, niż miałby tu tkwić nie wiadomo ile przeze mnie.
- To nie prawda.
- Skąd pani wiedziała, który
przycisk należy wcisnąć? – zapytał wychodzący od Nath'a lekarz.
- Będę uczęszczać do liceum
ratowniczo-obronnego i postanowiłam się troszkę podszkolić na wakacjach.
- Być może wyrośnie z pani
świetny lekarz – uśmiechnął się i chciał odejść, lecz po paru krokach dogoniłam
go.
- Panie doktorze.
- Tak?
- Ja… mam do pana prośbę.
- Słucham.
- Gdyby Nath o mnie pytał…
proszę zmieniać temat lub… robić cokolwiek, żeby nie zaprzątał sobie mną głowy.
Ostatnio, już dwa razy było z nim przeze mnie źle.
- Też o tym myślałem, ale
uznałem, że to najzwyklejszy zbieg okoliczności. Oczywiście zrobię to, o co pani prosi. pani wie najlepiej, co dla niego dobre, a teraz przepraszam –
odpowiedział i odszedł.
Nieco się uspokoiłam. Teraz,
gdy będą przy nim rodzice i siostra… musi być dobrze. Wróciłam do chłopców. Wszyscy
spali, oprócz Loczka. Usiadłam obok niego i rozmawiałam z nim. Nawet nie wiem,
kiedy zasnęłam…
Obudziło mnie szturchanie. Otworzyłam oczy i
przyzwyczajałam wzrok do jasnego światła.
- Ania, ej Ania obudź się – uśmiechnął
się Jay.
- Zasnęłam tu?
- No i po co ją budziłeś? –
protestował Seev – tak słodko wyglądała.
- Ej chłopaki, ogar! Lekarze idą
– upomniał nas Max i po chwili do sali wkroczyło z piętnaście osób. Po co ich
aż tylu? No nie ważne. Podniosłam się i czekałam, co powiedzą.
- Siva Kaneswaran. Ranny w
wypadku, złamane dwa palce i kilka szwów założonych na czoło – pielęgniarka
zdawała sprawozdanie.
- A brzuch? Otrzewna w
porządku?
- Tak panie doktorze.
- Po południu można wypisać pana
do domu. Kolejny pacjent?
- Max George. Także z wypadku.
Złamany lewy nadgarstek, parę szwów na skroni. Brzuch w porządku.
- Jeśli do jutra nic się nie
pogorszy, zapisać pana do wypisu.
- Tom Parker. Skręcona lewa
kostka, parę siniaków. Także z wypadku.
- Hmm. Tak jak poprzedni pan.
- Ostatni to Jay McGuiness, złamany
prawy obojczyk i kilka szwów na policzku.
- Jutro po południu, jeśli nic
się nie zmieni – odpowiedział po chwili namysłu.
Poczekałam, aż wyjdą.
- Jest, jest, jest!! – cieszył
się Seev.
- Pff nie ma tak.
- Oj Tom. Wyjdziesz jutro…
zaraz po mnie – mulat wystawił mu język.
- Chłopaki, dajcie spokój –
śmiałam się.
- A tak poza tym to, mówiłem,
że coś się stanie? Miałem przeczucie? Miałem – chwalił się mulat.
- Jasnowidz z ciebie marny –
żartował Max.
Reszta dnia minęła mi
spokojnie. Przyjechał Marc, pośmialiśmy się i nadeszła godzina wypisu Sivy.
Pomogłam mu się spakować i ruszyliśmy do dyżurki. Odebrałam wypis i razem z Jane
wróciliśmy do domu.
________________________________________________________
Muszę Wam coś powiedzieć... Przemyślałam sprawę i się przeliczyłam (nigdy nie byłam dobra z matmy). Ten rozdział jest przedostatni. Wiem, że zawaliłam i teraz posypią się groźby i takie tam... ;( Ten jest krótki i przepraszam za to, ale jutro (jeśli się wyrobię) rozpiszę się na koniec ;). Będzie to dłuugi rozdział oczywiście z happy endem. Nie jesteście złe...? Błagam, nie uduście mnie za to. Jak pisałam postaram się pisać nowe opo. po zakończeniu tego. Jeśli ktoś wgl będzie miał ochotę to zapraszam ;)
Dziękuję za poprzednie komentarze!!
Dedykuję:
Princeska - Dziękuję za miły komentarz i mam nadzieję, że jeszcze tu wpadniesz ( tak na koniec ;)). :D




